We mgle

Górska mgła. Kiedy przybywa, okrywa wszystko dookoła. Przytępia zmysły, a nawet powoduje ich utratę. Płata figle. Sprawia, że ziemia się rozpływa, powietrze zaś staje się widzialne. Można wyciągnąć po nie dłoń. Można potknąć się o chmurę. Z ziemi wyrastają nieruchome sylwetki. Czy to drzewa czy ludzie?

 Kiedyś zaśmiewałam się z tego wiersza, a teraz sama pytam Czy to pies, czy to bies? Bo naprawdę nic nie wiadomo. Zwłaszcza na takim odludziu w górach. 

Na takim odludziu w górach potrafią wydarzać się dziwne rzeczy. 

Dom, w którym obecnie mieszkam ma 400 lat. W nocy, kiedy jest bardzo cicho, można usłyszeć jak wszystko tu żyje, oddycha. Słychać zmęczone jęki schodów, po których ktoś chodził cały dzień. Skrzypienie desek starej podłogi. Trzask okiennicy na strychu. Wiatr huczący w kominie i rozwiewający resztki popiołu. Fotele rozmawiające szeptem uwięzionym w starych, drewnianych nogach.

Nawet moje łóżko opowiada mi bajki do snu swoim skrzypieniem. 

Ja zawsze śpię dobrze, niezależnie od miejsca, w którym się znajduję. Nieważne, czy jest to zatłoczony pociąg w Indiach, bagażnik dostawczaka, którego złapałam na stopa w Gruzji, kawałek podłogi bez materaca w mieszkaniu mojej znajomej, w upalną sierpniową noc, czy łoże dzielone z człowiekiem, który chrapie jak armata. 

Tylko tutaj, w tym tajemniczym francuskim domu, budzę się co noc o jednej porze. O 1 w nocy. Jak w zegarku. 

Na początku pomyślałam, że to przez rozregulowany zegar biologiczny. Ale nie. To już trzynasta noc, w której otwieram oczy godzinę po północy. Bez żadnego wyraźnego powodu.

Jestem ciekawska, więc muszę zapytać. Noszę się z tym zamiarem jeszcze dwa dni, bo jakaś część mnie wcale nie chce poznać wszystkich historii, które się tu wydarzyły. Może powinno mi wystarczyć to, co już wiem.

Ale wczoraj przy śniadaniu zrobiłam to. Marie, il y a des fantomes ici? - zapytałam Marie, gdy nalewała nam po dużym kubku mocnej, czarnej kawy. Marie spojrzała na mnie tak, jakby wiedziała, że w końcu usłyszy to pytanie. Oui - odpowiedziała, ku mojemu przerażeniu. Ale za chwilę dodała To znaczy BYŁY. Kiedyś. Dawno temu. Nie musiałam prosić o szczegóły, Marie sama zaczęła snuć opowieść o duchach z Le Francillon.

To była pierwsza noc, którą Marie spędzała samotnie w domu. Kupiła go kilkanaście tygodni temu i przygotowywała parter na pierwszy przyjazd reszty rodziny. Przytargała meble z miejskiego targowiska, na półkach ułożyła stare bibeloty należące do jej mamy, wyczyściła kominek, a na ścianach powiesiła namalowane przez siebie obrazy. Nagie plecy kobiety z długim warkoczem wiszą tu w wielkiej złotej ramie do dzisiaj. Niedawno rozstała się z Jean-Luis, który został w słonecznej Prowansji. Ona wolała żyć w górach i właśnie tutaj zaczęła urządzać dom dla siebie i trójki dzieci. Wtedy jeszcze nie miała pojęcia jak dokładnie to zrobi, ale wiedziała, że musi. 

No i wtedy jeszcze nie wiedziała, że kurz zalegający na strychu i włochate pająki między szparami w podłodze to będą najmniejsze z jej problemów.

Pierwsze dziwne dźwięki usłyszała tuż po tym, jak zgasiła kominek i przykryła się kołdrą. Chrobot przesuwanych krzeseł i tupot rozbieganych stóp. Qu’est-ce que c’est? - pomyślała po francusku Marie. To był ciężki dzień pracy, strasznie się umęczyła skrobiąc podłogę i szorując wnętrze komina. Tak, z tego zmęczenia ma prawo słyszeć jakieś głosy. Tej nocy nie wydarzyło się już nic więcej, bo po szorowaniu kamiennej podłogi w kuchni, Marie zasnęła kamiennym snem. 

Następnego dnia nadal pracowała w domu, ale do zrobienia zostały już tylko kosmetyczne porządki. Wieczorem, przy rozpalonym kominku, wreszcie mogła się rozkoszować efektem swoich wysiłków i napić się lampki czerwonego wina, tego dobrego, od sąsiada. Była z siebie dumna. Nie dość, że sama kupiła ten stary budynek, sama wystąpiła o usunięcie go z listy zabytków, to jeszcze sama wykonała wszystkie najpilniejsze prace, jakich wymagał ten dom, by móc w nim bezpiecznie zamieszkać. Chociaż bezpiecznie to w tym przypadku słowo o znaczeniu niż szerszym niż naprawianie zerwanych okiennic.

Było już późno i Marie siedziała zamyślona przed kominkiem, kiedy za plecami usłyszała dziecięcy śmiech. Mimo rozpalonego ognia, wewnątrz jadalni nagle zrobiło się przeraźliwie zimno. Zmrożona ze strachu Marie znów usłyszała szuranie krzeseł, tym razem głośniejsze, i odgłosy dziecięcej bieganiny. Głosy naprzemian śmiały się i wołały Mama, Mama! Marie czuła, jak po plecach spływa jej zimny pot. Nie mogła się ruszyć, mogła tylko siedzieć przerażona w fotelu i czekać aż to wszystko się skończy. Siedziała tak przerażona, a duchy małych dzieci, harcowały upiornie beztrosko wokół wielkiego, drewnianego stołu.

Nie wiadomo ile czasu to trwało, ale wreszcie głosy ucichły i Marie zerwała się szybko, żeby zapalić światło. Jeszcze nie przyzwyczaiła się do rozkładu domu, więc potknęła się o kilka starych taboretów, zanim dosięgnęła włącznika światła. Coś w kablu strzyknęło i światło przestało działać. To było niemożliwe, ponieważ elektryk poprawiał instalację dosłownie trzy dni temu i wszystko działało jak w zegarku. Tego było trochę za wiele. Marie ściągnęła materac i poduszkę z podłogi i poszła spać do stajni, jakieś 50 metrów od domu. Od tej pory jedyny hałas, jaki słyszała to było wściekłe bicie jej spanikowanego serca. Na szczęście biegała w kilku maratonach, więc nie groził jej zawał.

Następnego dnia okazało się, że w domu nie działa ani jeden sprzęt. Zepsuło się wszystko, od lodówki po czajnik. Nie zapalało się żadne światło. Oprócz elektryka Marie postanowiła wezwać księdza. I teraz to jest ciekawe - Francja to laicki kraj i o księdza wcale nie jest tak łatwo. Na tej wsi w Górnej Loarze jest tak mało wierzących, że kościół, który znajduje się w wiosce otwierany jest tylko na pogrzeby i raz w miesiącu na mszę.

Ale na tak pilne wezwanie, parafia odpowiedziała i przysłała miejscowego księdza. Zamyślił się chwilę nad tym, co opowiedziała mu Marie i opowiedział historię, którą usłyszał od mieszkańców Les Estables. Dawno temu, nie wiadomo czy 100 lat temu czy więcej, w pobliżu Le Francillon wydarzył się tragiczny wypadek. Dom położony jest na wysokości około 1400 metrów nad poziomem morza, pogoda jest tu kapryśna i zmienna. Bywa, że gdy przychodzi gęsta mgła i chmury, nie widać nawet czubka własnego nosa. W taką właśnie pogodę, trójka dzieci mieszkająca kiedyś w domu, wracała ze szkoły, pokonując drogę przez pastwiska rozciągające się na okolicznych wzgórzach. Dwie dziewczynki i chłopiec, ale do końca nie wiadomo ile tych dzieci było, musiały iść na oślep i wpadły do rzeki, która po zimowych roztopach pojawiła się nagle i była dość głęboka. Przerażone dzieci zaczęły się topić, ciągnięte na dno przez placki z książkami i ciężkie buty do pokonywania górskich szlaków. Zginęły porwane przez wartki strumień rzeki.

Nie wiadomo czemu te niewinne duszyczki nie dostały się na drugą stronę, do zaświatów. Być może w tej mgle nie mogły odnaleźć drogi. Wiadomo jednak, że znalazły bezpieczne schronienie w murach Le Francillon i tam oddawały się temu, czemu oddaje się większość małych dzieci - zabawie i wołaniu mamy co pięć minut.

Młody ksiądz pomodlił się trochę, pomachał kropidłem, kazał powiesić krzyż i mieć nadzieję. Marie jest ateistką i może to dlatego zabiegi księdza nic nie pomogły. Marie szukała dalej, aż w końcu trafiła na kontakt do pewnej hinduski zajmującej się kontaktami z innymi światami. Potrafiła przywoływać zabłąkane dusze, ale też umiała wysłać je tam, gdzie powinny się znaleźć. Pojawiła się u Marie pewnego słonecznego popołudnia. Weszła do ogrodu ubrana w żółte, złociste sari, włosy miała zaplecione w długi, czarny warkocz. Marie mówi, że była bardzo piękna i miała duże, mądre oczy. Wyjaśniła, że duszki są uwięzione w domu, ponieważ nie ma dla nich drogi wyjścia. Są zablokowane. Wzięła się więc za przestawianie kamieni przy domu. Ustawiła je tak, aby układały się w prostą linię prowadzącą w kierunku zachodnim. Kazała to tak zostawić na kilka tygodni, codziennie rozpalać w kamiennym naczyniu ormiański papier i koniecznie sprawić sobie kota. 

Marie zrobiła dokładnie to, co przykazała hinduska. Codziennie paliła kadzidełka, nie dotykała kamieni w ogródku, a w domu pojawiła się Mimin, trójkolorowa kotka, która do dzisiaj jest strażniczką domu i broni go przed gryzoniami i siłami nieczystymi.

W domu ucichło, a energia przetransformowała się w bardziej pogodną. Sprzęty przestały się psuć. Ogień w kominku stał się jakby cieplejszy. Marie przestała się budzić w nocy i zwinęła zapasowy materac, który miała przyszykowany w stajni. Na wszelki wypadek.

Po kilku tygodniach, hinduska powróciła. Chyba była zadowolona z rezultatów, bo zabrała się za ustawianie kamieni z powrotem, tak jak leżały przed jej pierwszą wizytą. Dzięki temu małe duszki z Le Francillon nie miały drogi powrotu. Niewierząca Marie starała się bardzo wierzyć, że dzieci trafiły tam, gdzie miały trafić i nie będą już straszyć jej gości.

Ja też bardzo w to wierzę, ale na wszelki wypadek zapytałam się Marie czy ma jeszcze gdzieś ten ormiański papier. Odpowiedziała, że tak. Cały zapas.

Dokładnie takiej odpowiedzi się spodziewałam.

 

Komentarze

Popularne posty