Siedem gór, Ser z jaka i Spokój we włosach
Za siedmioma górami, za siedmioma klasztorami i za siedemdziesięcioma ostrymi zakrętami leży Paro.
Muszę się tam dzisiaj dostać, żeby spokojnie usiąść przy biurku w hotelu i nie stracić głowy przed jutrzejszym powrotem do pracy.
Taksówka hotelowa będzie mnie kosztować 1000 ngultrumów, czyli jakieś 8 dolarów. Calkiem nieźle. Jest to dokładnie tyle co przejazd z mojego mieszkania na Maritim na Stare Miasto w Walencji. Z tym, że za tę kwotę przejadę 60 kilometrów, a nie 6. Za współdzieloną z innymi pasażerami taksówkę zapłacę tylko 300 ngultrumów.
Co to oznacza? To oznacza, że najpierw muszę założyć na plecy mój bambetl numer jeden = torbę trekkingową o wadze 25 kg, a z przodu zarzucić mój bambetl numer dwa, czyli dzienny plecak o wadze 10 kg i przemierzyć drogę ok. 3 kilometrów na postój taksówek międzymiastowych. Moimi alternatywami są autostop albo iść piechotą przez dwa dni. Także wybieram moje Korpo Taxi.
Kierowca sam mnie znajduje - wyróżniam się z tłumu na tyle, że on już dobrze wie, czego potrzebuję. Na migi pokazuje mi, że brakuje nam jeszcze dwóch pasażerów do odjazdu. Dla mnie super, mogę poczekać, bo nigdzie mi się nie spieszy. Bhutan to kraj cierpliwości. Dobrze ją czasem poćwiczyć.
Dosiadają się do mnie same kobiety. Z przodu jedzie najstarsza z nas, ma pogodną twarz poprzecinaną szlakami czasu, głęboko zarysowanymi wokół jej ust i oczu. Mówią mi, że ta kobieta miała bardzo radosne życie. Ma na sobie czerwoną kirę i kolorowy kapelusik. Przez całą drogę gawędzi z kierowcą spokojnym, cichym głosem. Bo tak tu w Bhutanie jest - spokojnie i cicho.
Muzyka z radia też taka jest. Z głośnika płyną łagodne, śpiewne dźwięki. To wszystko działa na mnie jak kołysanka. A raczej działaloby, gdyby nie siedziały koło mnie dwie kolejne pasażerki z wielką belą czegoś zawiniętego w bardzo elegancki materiał i wydzielającego bardzo intensywny zapach.
Zapach podobny do tego, jaki dochodził z moich butów trekkingowych po 14 dniach wędrówki po himalajskich szlakach. Obie panie były bardzo miłe i uśmiechały się do mnie szeroko i bezzębnie.
Ja też się uśmiechałam, trochę krzywo, ale jednak szczerze, bo zawsze fajnie jest doświadczać lokalnej codzienności. Jak trzeba przewieźć śmierdzący ser z jaka, to nie ma rady.
Fakt, że był tak zawinięty w dwie warstwy błyszczącej tkaniny (a smród był nadal nie do zniesienia, więc możecie sobie wyobrazić jego intensywność), wskazuje na to, że ten pakunek mógł służyć jako ofiara do świątyni. Być może te dwie dumne posiadaczki sera jechały poprosić Buddę o coś bardzo ważnego, a tym samym przekupić mnichów nabiałem. Gdybym mówiła językiem Dongkha, to na pewno bym się zapytała o szczegóły. Ale mogłam się tylko serdecznie usmiechać, znajdując coraz to bardziej kreatywne sposoby na zatykanie nosa.
Myślę o tym, czy te dwie kobiety to taki bhutański ekwiwalent mojej babci Eli i cioci Gosi jeżdżących z Warszawy do Otwocka i przywożących warzywa i wędliny, które ponoć są lepsze od tych ze stolicy.
Być może. Im więcej podróżuję, tym bardziej zauważam, że świat jest pełen symetrii.
Myślę o domu i o Chomiczówce i na chwilę przed siódmą górą, siódmym klasztorem, lasem i siedemdziesiątym zakrętem, zasypiam. Pod zamkniętymi powiekami widzę jaki, które spotykaliśmy na ścieżkach, wysoko w górach. A potem śnię o serniku z mleka jaka, który jadłam 16 lat temu w magicznej Dharamsali. Pyszny i tak samo tłusty jak miękkie drożdżowe ciasto mojej babci.
Budzę się, kiedy już wjeżdżamy do Paro. Poznaję okazały Dzong górujący nad miastem, a jeszcze wyżej czuwające nad mieszkańcami osnieżone szczyty Himalajów.
Gdyby moja taksówka zawiozła mnie jeszcze 40 km na wschód, dojechalibyśmy do stóp Tygrysiego Gniazda – najsłynniejszego klasztoru w Bhutanie, prawdziwego cudu nad przepaścią. Wdrapalam się tam, po tysiącsch schodów i 3 godzinach wspinaczki pod stromą górę. Ale to oddzielna historia, którą opowiem kiedy indziej.
Paro jest mi o wiele bliżej niż Thimphu, stolica. To dlatego, że jest mniejsze (tylko 2 ulice, a nie 222), znajduje się głębiej w górach (które kocham), jest mniej odwiedzane (prawie nikt tu nie zostaje na dłużej niż na sprawdzanie wizy na lotnisku i transfer do hotelu). No i to właśnie Paro powitało mnie w Bhutanie jako pierwsze i sprawiło, że moje serce skoczyło z radości wyżej niż Adam Małysz na skoczni w Trondheim.
To tutaj po raz pierwszy w życiu usłyszałam ciszę miasta, a górski wiatr wplątał mi we włosy wyczekiwany spokój, pogłaskał po policzkach i obiecał, że wszystko będzie dobrze.
Ale to już także kolejna historia. Jedna z wielu, które mam do opowiedzenia. A każda z nich jest dla Ciebie i dzięki Tobie, Babciu ❤️



Komentarze
Prześlij komentarz