W kuchni

Marie i Philippe zamieszkują Le Francillon już ponad dwadzieścia lat. Widać, że im tu dobrze, chociaż stanowią dość osobliwą parę. 

Ona - wykształcona artystka, malarka, konserwatorka dzieł sztuki. Towarzyska i elokwentna. Uwielbia siedzieć z gośćmi przy kominku i rozmawiać o tym, co słychać w wielkim świecie. 

On - dwumetrowy góral z ogorzałą twarzą, prosty jak konstrukcja cepa. Lubi swój mały świat i niechętnie go z kimś dzieli. Pierwsze, czego się dowiedziałam o Philippe, to to, że kiedy robi coś sam, nie wolno mu pomagać. Zamyka się przed gośćmi w swojej samotni nad kuchnią. Do siebie dopuszcza tylko Marie i kota. Raczej surowy i zamknięty z niego typ, ale jeśli zobaczy, że jesteś w potrzebie, odda Ci wszystko co ma. Z wyjątkiem Marie i kota oczywiście.

Ta różnica charakterów w prowadza ciekawą dynamikę do atmosfery domu, który pełen jest zakamarków i osobliwości.

Szczególnie w kuchni.

Znajduje się tu mnóstwo starych przedmiotów, które wciąż żyją i mają się dobrze.

Ręcznie wykonane, ciężkie, metalowe sztućce, każdy z nich ozdobiony wizerunkiem małej pszczółki. Stare puszki po bananowym kakao w proszku BANANIA, z wielką uśmiechniętą głową murzyna z czasów kolonializmu. Ręcznie malowana porcelanowa zastawa, prezent rozwodowy. Kolorowe kafelki, które Marie wycięła, pomalowała i wypaliła własnoręcznie. Pułapka na myszy z pozostawionym w niej serem, na wypadek gdyby Mimin nie wyłapała wszystkich domowych osobników myszkujących.

Wielkie gary, które pamiętają lata przedwojenne.

Kubeczki, filiżanki, tacki, serwetki, wielkie słoje z konfiturą z kasztanów.

Jest też głowa dzika.

Myślałam, że to trofeum poprzednich właścicieli. Ale nie.

Ten dzik, a właściwie locha, to było domowe zwierzątko Philippe’a.

Sanglier [wym.: sążlije], bo tak miała na imię rzeczona pupilka, to była ukochana loszka w domu rodzinnym Philippe’a. Mieszkała w nim jak piesek. Chodziła po domu, miała swoje legowisko. Bawiły się z nią dzieci, tarmosiły ją za uszka i biegały z nią po polanie. Dorośli też ją lubili i chętnie gościli w swoim skromnym salonie.

Kochana Sanglier zmarła na grypę.

Philippe bardzo ją kochał i bardzo po niej płakał. Po jej śmierci koniecznie chciał mieć po niej pamiątkę. Zabrał więc jej ciało do miasta, żeby specjalista wypchał i zakonserwował jej łepek. Powiesił go dumnie na ścianie w swojej chatce w lesie (pracował wówczas w schronisku na górze Le Mezenc).

Kiedy Philippe postanowił się wprowadzić do Marie do Le Francillon, zabrał ze sobą także swoją drogą Sanglier. I powiesił w kuchni, bo jego ukochana loszka uwielbiała przesiadywać wszędzie, gdzie można było wyczuć ciepłe jedzonko. Poza tym Marie kategorycznie zabroniła wieszania głowy dzika w sypialni. 

Ozdobił jej główkę ptasimi piórami, żeby „zaniosły ją spokojnie do nieba dla zwierzątek” (jego słowa, nie moje), a przy jej wiecznie chętnych do jedzenia kłach przyczepił jej opakowanie ulubionego serka typu camembert.

I często do niej mówi i wita się z nią, kiedy przychodzi rano robić śniadanie dla gości.

Siedzę przy kuchennym stole, piję napar z werbeny i jestem pełna szacunku do siły miłości człowieka do zwierząt domowych. Chyba nawet ciocia Basia nie jest aż tak zwariowana.


Komentarze

Popularne posty