W chmurach

Jestem nieprzytomna, kiedy Jolanda budzi mnie 45 minut po północy. Nic dziwnego, bo według mojego planu miałam jeszcze godzinę snu. Ale to nic, dzisiaj odeśpię w trzech samolotach, które będą mnie unosić ponad chmurami podczas kilkunastogodzinnej podróży do Portugalii.

Podróż rozpocznę w Modlinie, potem spędzę 4 godziny w Londynie, a na końcu 3 godziny w Tuluzie. Najbardziej nie mogę doczekać się francuskiego lotniska, bo one są zazwyczaj najładniejsze i mają mnóstwo fajnych udogodnień.

Lotnisko Londyn Stansted to tylko z pozoru lotnisko w Londynie. Tak samo jak Modlin, zwodzi pasażerów stolicą w nazwie. W rzeczywistości Stansted to ponad godzinna podróż, rozpoczynająca się od granic metropolii. Także trochę ściema. 

Na szczęście ja zaliczam miękkie lądowanie na płycie lotniska i nie muszę już nigdzie dojeżdżać. Kontrola paszportowa przebiega całkiem sprawnie. To dlatego, że mogę zeskanować swój paszport i granicę przekroczyć całkowicie elektronicznie. Wchodzę do przezroczystej kabiny, tam przykładam rękę do komputera, który pobiera moje odciski palców. Automat robi mi zdjęcie i ostatecznie potwierdza, że ja to ja. Nikt mnie nie pyta po co przyjeżdżam do Anglii, ale to pewnie dlatego, że już po moim numerze paszportu wiedzą, że nie zostaję tu na dłużej, tylko mam transfer do Lizbony. 

Mam duży zapas czasu, więc spaceruję sobie w poszukiwaniu dobrego miejsca do napicia się kawy i odrobienia pracy domowej z francuskiego. Mijam pub Wetherspoon i w głowie pojawiają mi się wspomnienia z Liverpoolu. To pub, w którym piwo serwowane jest do śniadania i Brytyjczycy chętnie korzystają z tej opcji. Cóż, różnica kulturowa. O 9 rano wolę jednak wypić mocną kawę niż pintę ciemnego ALE. 

Odległość od miasta to jedyne podobieństwo do Modlina. Lotnisko Stansted jest ogromne. Jedno z sześciu londyńskich lotnisk ma aż 90 gate’ów i do tych najdalszych kursuje specjalny pociąg, bo dotarcie do nich piechotą zajmuje zbyt dużo czasu. Ale kiedy zasiadam na śniadanie i kawę w przepięknej libańskiej restauracji, jeszcze o tym nie wiem i zapłacę za to lokalną walutą funta stresu i przyspieszonego oddechu.

Na razie jest jeszcze 9 rano i mój pusty żołądek prowadzi mnie w stronę strefy gastronomicznej. Na pokładzie samolotu, gdzieś w okolicach Hamburga, dostałam okres i potrzebuję energii. Poszukuję najbardziej kalorycznego na świecie śniadania, którym jest klasyczne English Breakfast. W swojej pełnej wersji liczy 900 kalorii, a składają się na niego takie rarytasy, jak: smażone jajka, smażona kiełbasa, smażony bekon, smażona kaszanka, smażone pomidory, smażone pieczarki i ziemniaki. Zgadnijcie jakie. Jedyna rzecz, jaka w English Breakfast nie widziała oleju na patelni to tzw. Baked Beans, czyli fasolka zapiekana w pomidorowym sosie. Srogi trening dla wątroby, ale jest to najbardziej pożywne śniadanie, jakim można się posilić w długiej podróży. I tak, serwują je w każdej restauracji w Anglii, nawet w libańskiej. 

Muszę być naprawdę zajęta swoim posiłkiem, bo nawet nie zauważam, że kelner, który do mnie podchodzi, mówi po polsku. „Pani z Polski?” „YES” - odpowiadam, jak debil.

„Yyyyy, to znaczy TAK.” I zaczynam się zastanawiać co mnie zdradziło. Okazało się, że kelner jest nie tylko Polakiem, ale do tego wścibskim, bo słyszał jak rozmawiałam przez telefon. No wiecie co.

Dopiero on mnie informuje o rozmiarach lotniska, na którym się znalazłam. Do tej pory popijałam herbatkę w błogiej nieświadomości, że gate, do którego muszę się udać ma numer 45 i zamiast zamawiać jeszcze espresso, powinnam zbierać tyłek, b
o moją bramkę zamykają za 20 minut. „Ojej, to lepiej niech Pani weźmie kawę na wynos” - mówi wścibski kelner i wystawia mi rachunek. Ale nie mam już ręki, w której mogłabym trzymać tę kawę na wynos. Zamykam laptopa i w trzy sekundy wybiegam z restauracji. Tempem Roberta Korzeniowskiego maszeruję w stronę bramki. Idę tak już 5 minut, kiedy orientuję się, że źle idę. Zawracam. Wścibski kelner uśmiecha się do mnie, kiedy drugi raz mijam jego restaurację i tym razem zmierzam już w dobrym kierunku. Bramka 6,8,10,12… dobrze, że nie idą po kolei, tylko po jednej stronie są numery parzyste, a po drugiej nieparzyste. To skraca moją drogę o połowę.

Uff.

Zwalniam kroku i ustawiam się w kolejce do wejścia na pokład. Nie mamy podstawionego autobusu, więc do samolotu będzie trzeba iść w strugach angielskiego deszczu. Siadam wygodnie w samolocie i odpływam w drzemkę. Nawet nie wiem, w którym momencie samolot wystartował.

Ciąg dalszy z Tuluzy - wrótce! :)


x

Komentarze

Popularne posty